Jak donoszą nasi właściciele charcików (i obserwujemy to zresztą sami), mimo mroźnej zimy, w wielu regionach Polski kleszczy w tym roku jest dosłowne zatrzęsienie. Warto pamiętać, że mają one 2-3-letni cykl rozwoju, więc to, ile ich widzimy dziś, jest wynikiem warunków panujących nie tylko ostatniej zimy.
Nie zamierzamy nikogo przekonywać, że problem nie istnieje, mamy jednak wrażenie, że gdzieś po drodze rozsądek zaczął przegrywać z paniką dotyczącą chorób odkleszczowych, a w zasadzie jednej, tej najpoważniejszej: babeszjozy. I właśnie dlatego postanowiliśmy zebrać aktualną wiedzę naukową oraz dostępne dane i napisać o niej kilka słów.
Babeszjoza jest bowiem jedną z tych chorób, które wywołują strach i wystarczy jeden znaleziony na charciku kleszcz, żeby część opiekunów miała przed oczami najczarniejszy scenariusz. Tymczasem rzeczywistość jest mniej spektakularna, ale znacznie ciekawsza: większość kleszczy nie przenosi babeszjozy, większość ukąszeń nie kończy się chorobą, a sama babeszjoza, choć poważna, jest chorobą, którą można skutecznie leczyć, jeśli zostanie rozpoznana odpowiednio wcześnie.
To absolutnie nie jest tekst o tym, że kleszcze można lekceważyć. Oczywiście, że nie można. Warto jednak odróżnić realne ryzyko od strachu i wiedzieć jak postępować w razie choroby.
Czy każdy kleszcz przenosi babeszjozę?
U psów w Polsce najważniejszym czynnikiem chorobotwórczym jest babesia canis, a głównym nosicielem dermacentor reticulatus, czyli kleszcz łąkowy. To ważne, bo nie każdy kleszcz, którego znajdziemy na psie, jest automatycznie głównym wektorem babeszjozy.
W badaniach prowadzonych w Polsce, DNA babesia canis wykrywane jest u niewielkiego odsetka kleszczy dermacentor reticulatus. Z jednego z podstawowych badań referencyjnych dla Polski wynika, że B. canis wykryto u około 3-6% dorosłych kleszczy. To oznacza bardzo prostą rzecz: nawet w regionie, w którym wynik wynosi 6%, nadal 94 na 100 kleszczy tego gatunku nie przenosi choroby.
Warto również podkreślić, że ryzyko kontaktu z kleszczem przenoszącym babeszjozę nie jest jednakowe wszędzie. Dermacentor reticulatus preferuje bowiem przede wszystkim łąki, nieużytki, obrzeża lasów i tereny wiejskie porośnięte wysoką roślinnością. Choć w ostatnich latach jego zasięg wyraźnie się rozszerzył i może być spotykany także w miastach, to ryzyko kontaktu z nim w parku miejskim jest na ogół znacznie mniejsze niż podczas spaceru po łąkach, polach czy terenach podmokłych.

Czy ukąszenie zawsze oznacza chorobę?
I to jest informacja, która powinna wybrzmieć tu najmocniej: znalezienie kleszcza na psie nie oznacza automatycznie babeszjozy. Żeby pies zachorował, musi wydarzyć się kilka rzeczy naraz: kleszcz musi być zakażony, musi żerować wystarczająco długo, a organizm psa musi rozwinąć zakażenie kliniczne.
Dawniej uważano, że babesia canis wymaga co najmniej 24-48 godzin żerowania kleszcza. Nowsze badania wykazały jednak, że w pewnych warunkach laboratoryjnych transmisja może nastąpić już po 8 godzinach. Badanie dotyczyło jednak już wcześniej częściowo napitych samców dermacentor reticulatus, przeniesionych na kolejnego gospodarza, a nie typowej sytuacji spotykanej podczas spaceru z psem.
Autorzy jednego z tych opracowań podkreślili, że przy braku możliwości określenia bezpiecznego, minimalnego czasu transmisji, najlepszą strategią jest zapobieganie przyczepieniu się kleszcza (odstraszanie), a nie liczenie na jego szybkie zabicie po wkłuciu (tabletki, kropelki).
Myślę, że warto o tym wspomnieć, bo naprawdę cieżko wyobrazić sobie, żeby właściciel charcika włoskiego, pieska, który non stop jest „na oku”, nie ma długiej sierści, który siedzi na kolankach, śpi w łóżku i jest głaskany kilkaset razy dziennie, nie zauważył żerującego na psie kleszcza.
| czas | ryzyko zakażenia* |
| 0 – 30 min | praktycznie niemożliwe |
| 30 min – 2 h | bardzo małe, ale nie zerowe |
| 2 – 8 h | prawdopodobne |
| 8 – 24 h | wysokie |
| > 24 h | bardzo wysokie |
Czy babeszjoza jest wyrokiem?
To kolejny mit, który warto uporządkować. Babeszjoza jest chorobą bardzo poważną, ale nie jest automatycznym wyrokiem śmierci. W jednym z największych polskich opracowań obejmujących ponad 500 psów z babeszjozą, śmiertelność wyniosła 3,65%. Najważniejsze jest tempo reakcji. Pies, który trafia do lekarza wcześnie, na etapie pierwszych objawów, czyli gorączki, apatii, ma zupełnie inne rokowanie niż pies przywieziony po kilku dniach ciężkiej choroby, z niedokrwistością, żółtaczką, ciemnym moczem i zaburzeniami narządowymi.
Nie istnieją wiarygodne dane określające, jaki odsetek zakażonych psów nigdy nie rozwinął objawów choroby. Wiadomo jednak, że zakażenia subkliniczne istnieją, u części psów wykrywa się materiał genetyczny babesia canis mimo braku jakichkolwiek objawów klinicznych. Ich rzeczywista częstotliwość pozostaje jednak nieznana.
Babeszjoza niestety nie zaczyna się od dramatycznych objawów, dlatego łatwo ją „przegapić”. Często pierwszym sygnałem jest tylko to, że pies „nie jest sobą” i gorzej się czuje. A te niepokojące objawy to przede wszystkim: nagła apatia, gorączka, brak apetytu, osłabienie i niechęć do ruchu. Dlatego każdego wyciągniętego z psa kleszcza (nie chodzi o tego strzepniętego), warto zapisać w kalendarzu. Jeśli po kilku dniach zachowanie naszego psa się zmieni, niezwłocznie udajemy się do lekarza.
W przypadku podejrzenia babeszjozy podstawowym badaniem jest wykonanie rozmazu krwi, w którym lekarz może bezpośrednio zaobserwować pasożyty znajdujące się w erytrocytach. Jeśli wynik jest ujemny, ale objawy kliniczne nadal silnie wskazują na babeszjozę, najbardziej czułą metodą potwierdzenia zakażenia pozostaje badanie PCR wykrywające materiał genetyczny babesia canis.

Czy jest więc czego się bać?
Tak, ale nie warto panikować. Większość kleszczy nie przenosi babeszjozy. Większość ukąszeń nie kończy się chorobą. Babeszjoza nie jest automatycznym wyrokiem i w wielu przypadkach można ją skutecznie leczyć. Ale jednocześnie babeszjoza jest chorobą, której nie wolno lekceważyć, bo gdy już się rozwinie, potrafi postępować bardzo szybko.
Wyobraź sobie 100 kleszczy chodzących po stole. Zwykle ponad 94% z nich w ogóle nie przenosi choroby. Z pozostałych kilku tylko część zdąży zakazić psa. A spośród zakażonych psów nie każdy rozwinie ciężką chorobę. Dlaczego więc babeszjoza pozostaje jedną z najgroźniejszych chorób odkleszczowych u psów? Bo kiedy już do niej dojdzie, liczy się każda godzina.
Dlatego najlepsza strategia to nie panika i nie beztroska, tylko rozsądek: przede wszystkim oglądanie psa po spacerze, szybkie usuwanie kleszczy i znajomość objawów, przy których nie czeka się z wyjazdem do weta do poniedziałku. Bo w praktyce najgroźniejszy nie jest sam fakt znalezienia kleszcza, tylko przegapienie momentu, w którym pies zaczyna chorować.
| Źródła: |
| 1. Update on prevalence of Babesia canis and Rickettsia spp. in adult and juvenile Dermacentor reticulatus ticks in the area of Poland (PubMed 2022) |
| 2. Canine babesiosis in southeastern Poland: epidemiological and clinical aspects in 523 cases, Adaszek Ł. |
| 3. Davies Veterinary Specialists |
| 4. Companion Animal Parasite Council |

