Dlaczego schodzę z ringu?

Czyli o tym, jak przestałam udawać, że wystawy psów mają dla mnie sens. Dzisiaj w tym miejscu miała pojawić się relacja z wystawy, ale wczoraj podjęłam decyzję, która dojrzewała we mnie od dawna: nie będę więcej angażować siebie ani naszych charcików w wystawy psów. I dopóki będą funkcjonować przeglądy hodowlane jako substytut wystaw (przed pandemią uprawnienia hodowlane zdobywało się wyłącznie na wystawach), to moja noga na polskim ringu nie postanie.

To nie jest decyzja impulsywna, podjęta w emocjach jednego dnia. To nie jest foch, czy urażone ego. To finał wielu lat obserwowania patologii, gdzie moim zdaniem wystawy bardzo dawno przestały być narzędziem selekcji, albo w ogóle nigdy nie były. Suma jakiejś wieloletniej frustracji, doświadczeń i momentów, w których coś mi po prostu przestało grać. A przede wszystkim straciłam zaufanie do ZKwP, którego członkiem nadal jestem i być nadal muszę, bo jeśli chcesz legalnie hodować psy w Polsce, to nie masz alternatywy. I to jest absurd, bo formalnie należę do organizacji, z którą mentalnie już się nie identyfikuję.

Czy ta decyzja była łatwa?

Nie. Absolutnie nie była. Bo wystawy i tytuły, to wciąż waluta w tym środowisku. Sami zjeździliśmy na wystawy pół Europy. To zawsze promocja hodowli, potwierdzenie przez sędziów, że psy mogą się podobać, czy zdobywać wysokie lokaty. Te tytuły, pięknie brzmiące, czasem dają też przecież realną satysfakcję i radość, bo jesteśmy przecież niesamowicie dumni ze swoich charcików, kiedy wygrywają. Ale zadajmy sobie uczciwe pytanie: czy bez tego będziemy ubożsi?

Już od kilku lat przy odrobinie determinacji, pieniędzy i odpowiedniej liczbie kilometrów, każdemu, nawet mocno przeciętnemu psu da się „wyjeździć” championat. To nie jest selekcja, tylko turystyka wystawowa. Dzisiaj Championami są charciki mocno za duże, bez pigmentu, psy łysiejące, czy bez spektakularnego ruchu. Dlatego dla mnie wystawy przestały być realnym wyznacznikiem jakości psa, a już w ogóle jego wartości hodowlanej. Eksterier to tylko jeden element układanki. Można mieć psa, który jest gwiazdą ringów, a jednocześnie daje chore, czy z innych względów problematyczne potomstwo. I co nam wtedy po tych wszystkich tytułach? Mamy sobie wmawiać, że przecież to Champion!?!

Skąd ta decyzja?

To temat złożony z wielu warstw, który zbierał się we mnie latami. Gwoździem do trumny była sprawa pseudohodowli działającej pod szyldem ZKwP, ujawniona na początku stycznia. Odebrano stamtąd ponad 50 psów, trzymanych m.in. w domku holenderskim w syfie, brudzie i warunkach, które nie mają nic wspólnego ani z hodowlą, ani z opieką, ani z elementarną przyzwoitością. Na reakcję Związku trzeba było czekać kilka dni. Skończyło się na facebookowych oświadczeniach, obietnicach pomocy, ale realnych działań, przynajmniej z perspektywy zewnętrznej, nie widać było żadnych i nie widać ich do dzisiaj. Sprawę zgłoszono do prokuratury, no wow, wielka mi rzecz! Gratulacje, szkoda, że po fakcie.

W tej „hodowli” znajdowały się też psy należące do innych właścicieli, czekające na wyjazd na wystawę w weekend (btw wyobraźcie sobie, że jest tam Wasz pies, który jedzie z handlerem na wystawę i już go nie odzyskacie nigdy, bo zostaje przejęty przez organizację prozwierzęcą). I tu dochodzimy do kolejnego problemu: sposobu działania niektórych handlerów, którzy wożą psy na wystawy hurtowo, czasem po kilkanaście sztuk. Psy jak towar (wiele lat temu była głośna akcja, gdzie w pozostawionym na upale samochodzie zagranicznych handlerów, ugotowało się i zmarło kilkanaście psów), a do tego rozetki, pudła, cekiny, garnitury i piękne zdjęcia na socjalach, a w domu syf, głód i martwe zwierzęta. I oczywiście klasyczne zamiatanie pod dywan, bo ZKwP chroni swoich członków i gdyby nie organizacje prozwierzęce, które totalnie nagłośniły tę sprawę (tu od razu zaznaczam, że nie jestem fanką tych konkretnych organizacji), najpewniej skończyłoby się jak zwykle, tym bardziej, że właścicielka hodowli była w strukturach zarządczych jednego z oddziałów Związku.

Jeszcze styczeń się nie skończył, a odbierane są kolejne psy, tym razem z katowni whippetów. Sprawę śledzę od 2012 roku i myślę, że każdy w środowisku hodowców, kto interesuje się chartami ją zna. Wymuszone kontrole owszem były, tylko jakimś cudem zawsze wszystko było „w porządku”. A hodowczyni w tym czasie jeździła po wystawach, stawała na pudłach i zbierała gratulacje, mimo, że dookoła wszyscy wiedzieli, co się dzieje w jej hodowli. Dopiero po tym, co wydarzyło się w Bolimowie, ktoś chyba uznał, że wizerunkowo robi się za grubo. W efekcie odebrano kilkanaście whippetów, niektóre skrajnie zagłodzone i chore. No i jak tu się za przeproszeniem nie porzygać? I wtedy coś we mnie pękło, bo przecież te obrazki świadczą trochę o nas wszystkich. Nagle zresztą wylał się hejt na hodowców, bez wyjątku. Setki głosów w internecie, że „hodowcy to oprawcy”, „zarabiający na psiej krzywdzie”.

A ja nie identyfikuję się z tą patologią. I jasne, to nie są jednostkowe przypadki. Są dziesiątki hodowli, w których psy żyją w brudzie, bo owszem psy brudzą. Tak, brudzą i syfią niemożliwe. Jest pewnie mnóstwo hodowli w których psy nigdy nie były na spacerze poza własnym ogrodem, albo w których siedzą całymi dniami zamknięte w kojcach. Ale najgorsze jest generalizowanie i wrzucanie wszystkich do jednego wora, bo jest też cała rzesza prawdziwych pasjonatów, dla których psy są całym życiem i ogromną miłością. Tak czy owak, trochę wstyd dzisiaj być hodowcą z ZKwP…

Ta ostatnia wystawa

Wczoraj pojechałam z trzema naszymi psami na DUO CAC w Grodzisku. Kontrowersje zaczęły się jeszcze przed wydarzeniem, bo organizatorzy powołując się na „hejt wylewający się na ZKwP” po akcji w Bolimowie, zakazali wstępu akredytowanym fotografom na teren wystawy (zupełnie, jakby było coś do ukrycia). Po burzy medialnej wycofali się z tego pomysłu, ale widać tu jak na dłoni, jaka jest mentalność tej „branży”… Już wtedy zadrżała mi powieka, czy na pewno powinnam tam jechać, ale pojechałam, bo naszej młodzieży brakowało jednego wniosku do zakończenia championatów.

Podczas oceny mojej młodzieżowej suki, sędzina oznajmiła, że da ocenę doskonałą, ale nie przyzna wniosku, bo pies był zestresowany, a zęby pokazałam ja, a nie sprawdziła ich ona sama. Wytłumaczę jedno: nigdzie w regulaminach nie ma obowiązku, by sędzia grzebał psu w pysku. Zgryz i uzębienie może pokazać wystawca, szczególnie w sytuacji, gdy pies się stresuje. Zresztą dla mnie od zawsze niewyobrażalne było wciskanie palców do gardła moich psów, przytrzymywanie głowy, siłowanie się z nimi, zwłaszcza po kilkunastu innych psach, po których nikt przecież nie myje, ani nie dezynfekuje rąk.

Wtedy po raz kolejny uderzyło mnie, że moje psy ocenia osoba, która totalnie nie zna i nie rozumie mojej rasy. Tak, charciki się stresują, drżą, często nie dają się łapać na siłę za głowę. To nie są owczarki gotowe wykonać każdą komendę, tylko psy bardzo wrażliwe i jednocześnie niezależne. Jak nie chcą, to nie zrobią. I koniec. A tu okazuje się, że sędzia, Pani Vanja Mudresa oczekuje, że na ring wejdzie marionetka, którą można ustawiać i dotykać w dowolny sposób, niczym laleczkę. Tymczasem ma przed sobą żywe zwierzę, często zestresowane sytuacją, do którego powinna podejść z ogrooooomnym spokojem, szacunkiem, pokorą i rezerwą.

Taka sytuacja, to zresztą nie jest odosobniony „problem”. Najgorzej, gdy rasę sędziują tzw. all rounderzy, którzy nie są pasjonatami, hodowcami ani specjalistami w danej rasie. Ich wybory bywają czasem zagadkowe i bardzo „bezpieczne”, czyli na wszelki wypadek wygrywa drobny, szary piesek, albo reprezentant z klasy championów. No bo wiadomo, że skoro jest championem, to pewnie ktoś go już wcześniej docenił. Dlatego wspaniale jest jeździć do sędziów specjalistów: ludzi, którzy sami hodują charciki albo charty, siedzą w grupie X i widzieli już miliard pięćset takich psów na ringach. Wyjazd do takiego sędziego to zwykle przyjemność i sensowne, adekwatne wyniki. Problem w tym, że od lat coraz rzadziej zaprasza się takich do Polski, a na polskich wystawach w kółko sędziują te same osoby.

źródło: PIC PAW – Dog Photography

Sobotnia decyzja sędziny była dla mnie kompletnie niezrozumiała, ale nie mam w zwyczaju się „wykłócać”, więc zeszłam z ringu, nie widząc najmniejszego sensu w kontynuowaniu oceny. Wywołało to spore i również dość niezrozumiałe poruszenie. Widocznie wciąż panuje przekonanie, że z ringu schodzi się tylko z pucharkiem albo z podkulonym ogonem. Otóż nie drodzy sędziowie, czasami to wystawca pokazuje „faka” i nie ma najmniejszej ochoty spędzić ani sekundy dłużej na wystawianiu u Was swojego psa. Do porównania o Zwycięstwo Rasy nie wystawiłam również swojego Championa. Zdziwiona sędzina podeszła zapytać, dlaczego nie wyszłam z, jak sama określiła, najładniejszym psem dzisiejszego dnia. Odpowiedź jest dla mnie oczywista: z braku zaufania do sędziego. Kropka. To był w pełni świadomy mikrobojkot. Nie pojechałam też na wystawę dnia kolejnego i nie zamierzam więcej pojawiać się z naszymi charcikami na wystawach. Przynajmniej nie w kraju.

Jak wyglądają wystawy z mojej perspektywy?

Wystawa to nie jest jeden dzień. Dla mnie to jest projekt logistyczny i naprawdę zazdroszczę wszystkim, którzy mają na to nieograniczony czas. U nas w domu zaczyna się dzień wcześniej, od skrupulatnych przygotowań: ponadprogramowe obcinanie pazurków, mycie zębów, SPA, a potem przygotowanie samochodu, pakowanie wszystkiego, co może się przydać następnego dnia (plus rzeczy, które na pewno się nie przydadzą, ale lepiej je mieć, bo jak nie, to właśnie wtedy będą potrzebne).

Zgodnie z planem sędziowania, charciki w 90% przypadków wychodzą na ring o 10:00, więc na wystawie trzeba być najpóźniej o 9:00, żeby psy zdążyły się rozprężyć i przywyknąć do miejsca. To w zależności od odległości do miejsca wystawy, oznacza wyjazd około 6:00 – 7:00 i pobudkę dwie godziny wcześniej, czyli w godzinach, w których normalni ludzie albo jeszcze śpią, albo właśnie wracają z imprezy. Ocena w ringu trwa zwykle około trzech minut, potem ewentualne porównanie. A teraz najlepsze: wygrasz rasę i chcesz zostać na finały, żeby powalczyć o pudło? Gratulacje, kiblujesz do 18:00, bo charty jako dziesiąta, ostatnia grupa FCI są oceniane na sam koniec, przy zaledwie garstce oglądających, którzy wytrwali do końca. Osiem godzin czekania w hałasie, dla plastikowego pucharka, który i tak po powrocie do domu ląduje w koszu albo w szafie z rzeczami, których nie chce się wyrzucić, ale też nie wiadomo po co je trzymać.

Efekt? Spędzacie cały dzień, wysiadując dupogodziny w potężnym hałasie. Wyobraźcie sobie niewielką halę, w której jednocześnie przebywają setki osób i psów. Część z nich non stop ujada, z głośników leci muzyka albo ktoś przemawia przez przesterowany mikrofon (swoją drogą, że nikomu nigdy nie przychodzi do głowy, że to może być dla psów męczące). Często na zewnątrz nie ma trawników ani sensownych miejsc, gdzie można psa normalnie wyprowadzić. Parking? Z reguły nie jest przewidziany dla setek samochodów. A potem jeszcze trzeba z tej wystawy wrócić. Będąc np. od 4 na nogach, wracasz do domu późnym wieczorem i nie idziesz się zdrzemnąć, czy odpocząć, o nie! W hodowli przecież zawsze jest coś do roboty i psy, szczenięta, które czekają na karmienie, czy wyjście.

Nigdy nie zapomnę wystawy międzynarodowej w Poznaniu, gdzie 1,5 godziny czekałam w korku tylko po to, żeby wjechać na parking. Wystawcy zablokowali wszystkie przylegające do hal uliczki (notabene w mieście z tradycjami targowymi!), a przy bramie okazało się, że… miejsc już nie ma. Trzeba jechać na parking oddalony o kilometr i potem gonić biegiem z psami, jak rumuński tragarz, będąc już dawno spóźnionym. Katowice: wystawa w garażu podziemnym. Nowy Dwór: ścisk taki, że szpilki nie da się wcisnąć, a wszyscy siedzą sobie na głowie. Bydgoszcz: swego czasu wystawy organizowane w rozpadającej się sali gimnastycznej z dziurawą podłogą. Jakiś ring przygotowawczy, gdzie można przed oceną psa wyciągniętego z auta rozbiegać? Zapomnij. Mam wrażenie, że z roku na rok jest tu coraz mniej szacunku i w stosunku do wystawców, którzy płacą za to niemałe pieniądze i do psów oczywiście. Ja już chyba naprawdę jestem na to za stara.

Czy wolę nie wstawać w sobotę o 5:00 rano? Owszem. Czy wolę spędzić ten dzień w domu, zrobić coś pożytecznego, nie tracić czasu? Jak najbardziej. Wolę zabrać psy na spacer albo po prostu być z nimi, bo dla nich to wydarzenie nie jest żadną przyjemnością i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Najpierw kilka godzin tarabanienia się w samochodzie, a potem kolejne godziny w tłumie, hałasie i stresie. Nawet największego psiego showmena to kosztuje.

To już nie jest mój świat

Oczywiście, wystawy mają też pozytywne strony. Możliwość zaprezentowania swoich psów, spotkania ludzi, pogadania o psich pierdołach, przybicia piątki, podpatrzenia innych. I absolutnie nie generalizuję! Nie wszystkie wystawy są złe, niektóre z nich to wspaniałe, klimatyczne wydarzenia, które pamięta się przez całe życie, większość z nich to owoc ogromnej pracy dziesiątek osób. Absolutnie nie wszyscy sędziowie, czy handlerzy są źli i są tacy, których bardzo, bardzo cenię. Ale to już po prostu dłużej nie jest mój świat.

Od swojej pierwszej wystawy w 2013 roku, naoglądałam się tyle, że mam dość. Czołgające się w ringu charciki zdobywające najwyższe tytuły na Klubówce po znajomości? Proszę bardzo. Wystawiane charciki-szkielety z miednicą na wierzchu? Spoko, nawet sędzia nie wyrzucił ich z ringu. Niektóre psy siedzące cały dzień w obszczanych kontenerach? Norma. I to ma być dobrostan? Podczas finałów, na podium wiecznie te same twarze: sędziowie, działacze, znani handlerzy. Jakiś totalny cyrk i walka o złote kalesony. Dosłownie.

Oprócz tego wystawy są wylęgarnią chorób, bo nie da się tego uniknąć przy dziesiątkach psów na metr kwadratowy. Nie zliczę, ile razy przywlokłam do domu kaszel kennelowy, przeróżne wirusówki, czy krwotoczne zapalenie jelit, które jedna z naszych suczek ledwo przeżyła. Ile razy zaatakował nas obcy pies, rozpieprzając miesiące socjalizacji w drobny mak. O wyrwanym z ziemi namiocie, który prawie nas zabił, już nie wspomnę nawet. Dlatego ja się z wystaw wycofuję. Mam mnóstwo rozpoczętych championatów, których nie zamierzam kończyć. Nie chcę dokładać kolejnej cegiełki do systemu, z którym się nie zgadzam.

System, który sam się rozbroił

Kiedyś uprawnienia hodowlane zdobywało się wyłącznie na wystawach, czego nie uważam za dobre, bo nie każdy pies na wystawy się nadaje, z różnych względów (a może być doskonałym psem hodowlanym!). Dziś mamy przeglądy hodowlane w oddziałach. To ogromne ułatwienie, ale też niestety furtka dla wysypu mocno średnich psów z uprawnieniami i no-name’owych hodowli, które powstają, jak grzyby po deszczu: kupią sobie parkę i ją „dopuszczą”.

ZKwP potrzebuje solidnej restrukturyzacji. Prawdziwej. Ale pewnie trwająca od lat wojna o stołki jeszcze długo na to nie pozwoli i w tym marazmie będziemy tkwić kolejne lata. Już teraz ZKwP zapowiedział szumne kontrole w hodowlach. No i super, tylko według jakich standardów? Czy malamuty trzymane w zewnętrznych kojcach mają gorzej, niż moje psy w pluszowych norkach? A może lepiej? Jak to rozstrzygnąć? I kto będzie kontrolowany? Szeregowi członkowie. A kto skontroluje władzę? Kto skontroluje kontrolerów?

Wracając do wystaw. Jedyna opcja, jaką biorę jeszcze pod uwagę, to wyjazd na zagraniczną wystawę, w przyjacielskim gronie (mam nadzieję, że z Justynką i Anią), traktowany jak przygoda, a nie jak wyścig po krajówki, które dziś momentami mają zadęcie godne wystawy wszechświatowej. Dorosłam do tego, że na ocenie niemiłych, niekompetentych, czy niedelikatnych dla psów sędziów mi nie zależy, nawet jeśli są dla mnie korzystne.

I wiecie co? Z tą decyzją jest mi zarąbiście lekko. Już nie czuje tej presji, że muszą coś dokończyć, że muszę psu zrobić jakiś championat, bo na to zasługuje, czy że muszę coś komuś udowodnić. Już mam zdecydowanie wolniejszą głowę, będę mieć więcej czasu dla psów, mniej sfrustrowanego męża, który zostaje sam z całym stadem w domu i zdecydowanie więcej pieniędzy w kieszeni 🙃 Nie wiem, może znowu idę trochę pod prąd, ale tak po prostu tym razem czuję.

autorką zdjęcia głównego jest Kasia Mijakowska