Miot, którego mogło nie być

W tym roku komplikacje okołoporodowe omijały nas na szczęście szerokim łukiem i praktycznie wszystkie nasze suczki rodziły siłami natury. Aż do 22 lipca. Na parę dni przed spodziewanym terminem, zabraliśmy Krokietkę do naszych weterynarzy, na kontrolne, rutynowe USG, które zawsze robimy pod koniec ciąży. Podczas badania okazało się, że jedno z trójki szczeniąt niestety nie żyje. I nagle wszystko przyspieszyło.

Musieliśmy podjąć trudną decyzję o natychmiastowej interwencji chirurgicznej, bo na szali leżało życie naszej suczki. Niestety było spore zagrożenie, że pozostałe szczenięta nie są jeszcze gotowe do przyjścia na świat i nie przeżyją poza łonem matki. W takich przypadkach maluchy czasami nie podejmują akcji oddechowej, ich układ pokarmowy jest niedojrzały, brak jest perystaltyki, a ciałka są tak wątłe, drobne i delikatne, że każdy gram wagi staje się decydujący. Jednocześnie istniało ryzyko, że w macicy zacznie rozwijać się zakażenie, a to błyskawicznie mogłoby przerodzić się w sepsę, czyli stan zagrażający życiu suki. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, w takich sytuacjach niestety nie ma miejsca na wahanie, bo zdrowie matki zawsze będzie na pierwszym miejscu. Byliśmy więc już w zasadzie pogodzeni ze stratą całego miotu, zwłaszcza, kiedy zobaczyliśmy szczenięta…

Były jeszcze bardzo niedojrzałe. W dużej mierze bez sierści, zamiast niej miały tylko delikatny meszek, a skóra była prawie przezroczysta. Samczyk ważył zaledwie 109 gramów, czyli mniej więcej połowę tego, co dorodne szczenię tej rasy. Wyglądał, jakby miał raczej niewielkie szanse na przeżycie. Jednak ku naszemu zaskoczeniu, rodzeństwo od pierwszych minut okazało się zaskakująco żywotne, silne i samodzielne. Kiedy Krokiet jeszcze dochodziła do siebie po narkozie, one już zaczęły ssać mleko. Oczywiście trzeba było im mocno pomagać, bo to wciąż były jednak wcześniaki. Na początku mniej wydolne, szybciej się męczące, bo ich układ nerwowy był jeszcze niedojrzały. Trzeba było je mocno dogrzewać, obserwować i wspierać w tej najprostszej czynności, jaką jest jedzenie.

Po pierwszej dobie samiec spadł nam z wagi do 102 gramów. Niby nadal w zakresie fizjologicznym, ale w przypadku wcześniaka, który startuje już z dramatycznie niskiego pułapu, nie ma czegoś takiego jak „spokojnie, to normalne”. W głowie od razu odpaliła się myśl: identyczna sytuacja, jak z Mery. Z suczką, którą rok temu ratowałam dzień po dniu, noc po nocy, przez całe tygodnie. Całe życie musiało wtedy zejść na dalszy plan, bo liczyła się tylko ona i to, żeby żyła. Tym razem też byliśmy gotowi na wszystko: na czuwanie, dokarmianie, reanimowanie, cokolwiek będzie trzeba. Ale kolejne doby przyniosły coś, czego nie mieliśmy prawa oczekiwać. Jakby ktoś przełączył tryb z „krytycznego” na „ogromna nadzieja”, a z każdą kolejną godziną nasza obecność przy kojcu, była coraz mniej potrzebna.

I tak po pierwszym tygodniu, można śmiało powiedzieć, że maluchy świetnie nadrobiły ten przedwczesny start. Są pięknie odkarmionymi, tłuściutkimi kluseczkami. Nic na ten moment nie zapowiada, żeby jakkolwiek miały się różnić od innych szczeniąt, za co oczywiscie mocno trzymamy kciuki.

Dzieciaki, jak to u nas bywa, nie mogły długo pozostać bezimienne. A że na instagramie pojawiło się mnóstwo wiadomości, dotyczących uszu malucha, to samiec został oficjalnie ochrzczony jako El’Fique. Czyli taki mały Elf, ale z twistem, bo oprócz urody (niczym baśniowy Legolas), wykonał nam tu niezłego fikoła z przyrostami masy, których nikt się nie spodziewał. Jego siostra otrzymała imię Etincelle’, co po francusku znaczy „iskra” – pasuje to do niej idealnie. Ojcem tego miotu został Raniu, dlatego spodziewamy się szczeniąt niewielkich, z pięknymi, długimi głowami. To cechy, które są przez tych rodziców przekazywane z ogromną konsekwencją.