Tydzień temu, 11 lipca na świecie pojawiły się maluchy D-3, a ich poród był dość… niecodzienny. Tyle lat hodowli, tyle porodów za nami, tyle nocy zarwanych na czuwaniu, a tu nagle bam! Niespodzianka życia: Beti po prostu urodziła. A my? Bezczelnie w tym czasie spaliśmy.
Kiedy późno w nocy kładliśmy się spać, nic nie wskazywało na to, że w najbliższych godzinach cokolwiek się wydarzy. Mamusia tego dnia normalnie zjadła kolację i bez typowego spadku temperatury przed porodem, bez kręcenia się, czy zawziętego kopania w posłaniu, również położyła się spać. Termin był jeszcze wczesny, więc nie szykowaliśmy się specjalnie na jakieś czuwanie tej nocy. Minęło zaledwie kilka godzin i nad ranem, około 6:00, obudził mnie znajomy dźwięk: cichutkie kwilenie. Zerwałam się i dosłownie zamarłam. W legowisku siedziała Beti, niczym dumna kwoczka, a pod nią komplet szczeniaczków. Oporządzonych, wysuszonych, z odgryzionymi pępowinami. Wiele rzeczy mogło pójść nie tak, ale na szczęście mamusia doskonale poradziła sobie ze wszystkim sama. Nie sądziłam, że ja (ta, która zawsze stara się mieć wszystko, co dzieje się w hodowli, pod pełną kontrolą) kiedykolwiek prześpię poród.
A urodziło się w sumie sześć maluchów: cztery suczki i dwóch samców, w dosyć dużym rozstrzale wagowym, ale wszyscy zdrowi i silni. To ostatni miot Beti, więc z automatu ma dla nas ogromny ładunek emocjonalny. I mimo, że mamy już w domu dwie jej córki, to nie wiem, czy nie będzie korciło mnie, żeby zostawić jeszcze jedną. Beti to doskonała suka hodowlana, co zresztą potwierdziła ta sytuacja. Jej mioty są zawsze bardzo równe, wzorowo odchowane i doskonale zaopiekowane. Beti przeszła u nas długą, ale niewiarygodną przemianę. Oj długo uczyła się naszego życia. Adoptowana niecałe trzy lata temu, z nieufnego dzikusa, stałą się kochaną, wrażliwą suczką, bardzo wżytą już w nasze stado i naszą codzienność.
Na ojca jej ostatniego miotu wybraliśmy naszego Rania. Betinka to suka bardzo mocna i duża, a on subtelny, filigranowy, bardzo elegancki. Pod wieloma względami rodzice tego miotu są przeciwieństwami, ale wiemy już, że Raniuszka daje nam niewielkie maluszki i mocno przekazuje potomstwu swoją piękną, długą głowę. I właśnie z tego tym razem wyjątkowo chcieliśmy skorzystać. To miał być mariaż kontrastów i właśnie dlatego mieliśmy nadzieję, że wyjdzie z tego coś wyjątkowego. Teraz przed nami wspaniały czas obserwacji szczeniąt, a mnie już zżera ciekawość, jakie charciki z nich wyrosną. Imiona zostały już nadane, choć kolejność urodzeń pozostanie dla nas tym razem tajemnicą.

Dillinja’ – pierwszy, który nam się „wylosował” do ważenia. To szary samiec z większym, białym znaczeniem na piersi, śliczną „tatusiową” główką i białymi paluszkami w tylnych łapkach. Malutki, z wagą urodzeniową 154g. Nazwaliśmy go na cześć jednego z kultowych, brytyjskich, producentów muzycznych naszej młodości.

D’elicata – malutka, szara suczka, jeszcze drobniejsza od brata. Urodziła się mając zaledwie 151g i obecnie jest najmniejsza z całego miotu. Na piersi ma białe znaczenie w kształcie logo Trussardi! I białe paluszki, po babci Taffy! To będzie z pewnością delikatniejsza charciczka, stąd jej imię.

Da’nutella – solidniejsza suczka, jej waga urodzeniowa to 190g. Jest cała szara, bez żadnych białych znaczeń. Tu ewidentnie widać wpływ genów matki: szeroka główka, mocniejsza kość i piękna, srebrzysta sierść. To będzie pewnie taka mini-Beti. Jej imię? No cóż, inspirowane słoikiem nieprzyzwoitej pyszności.

De’lizzia – trzecia szara siostra, która w dniu narodzin ważyła 161g. Na piersi nosi delikatny, poziomy obłoczek, jakby ktoś musnął ją watą cukrową. W dotyku mięciutka jak deser z mlecznej pianki, a pyszczek słodziutki, sam proszący się o buziaczki. Dostała imię inspirowane czystą przyjemnością, co z definicji jest po prostu pyszne.

De’Coco – nasza rodzynka, jedyna izebelowata suczka w tym miocie. Piękna, mocna i konkretna blondyna. Urodziła się ważąc 219g i dzisiaj mocno już wyszła na wagowe prowadzenie. Jej imię to ukłon w stronę dziadka – naszego ukochanego Dominica Decoco.

De’lulu – drugi z braci i zarazem ten większy kaliber. To samiec z drobną, pionową kreseczką na piersi, urodzony z wagą 177g. Jego pyszczek to najwyższy poziom słodyczy, imię to ukłon w stronę internetowego slangu, w którym „delulu” oznacza słodkie oderwanie od rzeczywistości, rozmarzoną wiarę, że wszystko się uda.

