Na ten rok miałam jedno, bardzo ambitne postanowienie: postaraj się, aby żadne nowe szczenię nie zostało w hodowli. No i trzeba przyznać, że wytrzymałam dość długo. Mamy połowę sierpnia, a od początku roku przewinęło się przez nasz dom naprawdę wiele wspaniałych maluchów, a ja się nie skusiłam! A skąd takie postanowienie? No stąd, że mamy teraz sporo młodych, pięknych charcików i chciałam zrobić dłuższą przerwę, zanim do naszej ekipy dołączy kolejny pies. Ale, jak to zwykle bywa, czasami wystarczy jeden czarny diabełek, żeby wszystkie plany rozsypały się w drobny mak.
A do Zetki ciągnęło mnie od samego początku. Największa suczka w miocie, mocna kość, fajna anatomia, piękna głowa i temperament, który u charcików bardzo lubię. Dla mnie komplet. Urodziła się jako czarny węgielek, a w kolejnych miesiącach zaczęła dość mocno jaśnieć. Ja zaś mam ogromną słabość do seal’i, więc to był kolejny kamyczek do tej lawiny.
Zetka to żywe srebro, albo mały czołg, jak kto woli. Głośna, wszędobylska, odważna, bezczelnie uparta i absolutnie nakręcona na gonienie wszystkiego, co się rusza. Taki typ charcika, z którym można robić wszystko, bo niczego się nie boi i nigdy się nie nudzi. Z doświadczenia wiemy, że właśnie takie psy w dorosłości okazują się cudowne: bez lęków, otwarte, pewne siebie i zdecydowanie łatwiejsze we współpracy, niż te z tendencją do wycofania. Ringowy ideał? Może nie. Ale coursingowy parkur? Kto wie, kto wie…
Być może podświadomie zniechęcałam osoby, które o nią pytały, ale nie umiałam sobie wyobrazić Zetki jako towarzyszki dla 14-letniego psa, lokatorki kawalerki w bloku, ani jako psa dla starszych ludzi. Ona po prostu nie jest dla każdego. To wulkan energii, który potrzebuje przestrzeni, wyzwań i życia w pełnym biegu. Nie ma zresztą co się oszukiwać, my też bardzo zżywamy się ze szczeniętami, które są z nami dłużej i po tych czterech miesiącach nie potrafiłabym się już z nią rozstać. A że ostatnią rzeczą, którą robimy, jest wypychanie na siłę szczeniaków do domów, w których się nie odnajdą i do których ewidentnie nie pasują, to scenariusz mógł zakończyć się tylko w jeden sposób. Zetka zostaje!
No dobra… jest jeszcze jeden powód, dla którego nie mogłam jej wypuścić z rąk. W jej oczach, pyszczku i zachowaniu widzę całą linię psów od strony ojca: babcię Bombę, prababcię Kurkę, ciotkę Umę i praprababcię Zulkę, czyli całą plejadę naszych najukochańszych charcików. To trochę tak, jakby biegała obok mnie historia hodowli zamknięta w jednym, małym, rozwrzeszczanym ciałku. Znamy te geny doskonale i jeśli tylko natura na to pozwoli, to z radością wykorzystamy je w przyszłości w hodowli.




