Loading...

Żegnaj Zulciu

† C.I.C., CZ WCH, PL RCH, PL LCCH 2018, PL RGP 2018, HU LCCH 2017, PL LCCH 2017, PL RW 2017, PL RGP 2016, PL RW 2015, PL LCCH 2015, LCW CZ 2014, V4Cup LCW 2014, SK B&P-W 2014, PL CH, PL JCH Zuella Gorzowska Panorama (11.11.2012 – 01.12.2025)

Pogodzić się z odejściem najlepszego przyjaciela to rzecz praktycznie niemożliwa. Przez trzynaście lat Zula zasypiała przy nas w łóżku. Przez trzynaście lat była częścią każdej naszej rutyny, każdego planu dnia, każdego wyjazdu, każdej troski i każdego wzruszenia. Nie była „psem”, była naszą rodziną. Codziennością. Zjeździliśmy razem całą Europę: wakacje, zawody, wystawy, drogi, hotele, pola namiotowe, ringi i zielone łąki coursingowe. Zula była absolutnie niezwykła: mądra, piękna i godna. I to właśnie ona dała początek całemu Chartbeat. To ona dała nam pierwszy miot i okazała się wspaniałą sportową legendą. Bez Zuli nie byłoby tego, kim jesteśmy dziś. Dzielnie walczyła do samego końca.

A zaczęło się tak, że szukaliśmy kompanki dla Dżemy. Jedyne kryterium: musi być szara (o ironio, kupowanie pieska po kolorze). Może to zabrzmi boomersko, ale to były czasy, kiedy nie przebierało się w dziesiątkach dostępnych szczeniąt charcika włoskiego. Po prostu ktoś powiedział: „w Gorzowie jest szara suczka”. Dostaliśmy dosłownie jedno jej zdjęcie i pojechaliśmy po nią na wieczorną, Walentynkową Wystawę Psów do Bydgoszczy. Odebraliśmy ją z auta do auta, po ciemku. Dopiero w domu zobaczyliśmy, jak naprawdę wygląda. Nie była szara, tylko „zielona”, ale to już wtedy nie miało żadnego znaczenia. Los, jak to los, potrafi czasem podarować coś absolutnie bezcennego.

Zula okazała się psem wybitnym. Pierwszym charcikowym Interchampionem Wyścigowym w Polsce. Pierwszym polskim charcikiem na Mistrzostwach Europy w coursingu (i to od razu na podium). Pierwszym użytkowym charcikiem, pierwszym w tylu rzeczach, że trudno je wszystkie wymienić. Miała w sobie niesamowitą, wewnętrzną równowagę: odwagę połączoną ze spokojem, lojalność połączoną z łagodnością. Ostatnie lata doświadczyły ją boleśnie, a mimo to nigdy nie narzekała, nigdy się nie skarżyła. Przyjmowała wszystko co przyszło, z godnością, której inni mogliby się tylko uczyć.

O Zulkowe łapki walczyliśmy 3 długie lata. A zaczęło się w sumie niewinnie, bardzo dawno temu, kiedy jako 2,5-roczny pies dostała w piętę rozpędzonym wabikiem na treningu. Operacja, drut na pięć tygodni, rehabilitacja, całkowity powrót do zdrowia i spektakularny powrót do sportu. Nikt wtedy nie mógł wiedzieć, że właśnie ta cholerna pięta stanie się początkiem wieloletniej walki o każdy krok. Jako dziesięciolatka zaczęła mieć niestabilność stawu skokowego. Przez trzy lata przeszła ponad piętnaście operacji. Sama nie wiem ile dokładnie, bo przy piętnastej po prostu przestałam już liczyć. Żaden z tych zabiegów się w 100% nie powiódł. W tym sensie, że oczywiście ortopeda robił świetną robotę, ale siły działające w tylnych łapach łamały druty jak zapałki. Gdy jedna łapa musiała odpocząć, druga zaczynała się rozsypywać pod przeciążeniem.

Naszą największą nadzieją była innowacyjna metoda stabilizacji. Tomografia, model 3D kości i specjalnie zaprojektowane dla niej implanty ze Szwajcarii. Operacja odbyła się w lutym. Wierzyliśmy w to wszyscy. No ale nie udało się: organizm odrzucił płytki, zrobiła się martwica i rany, które totalnie się nie goiły. Przez dwa miesiące walczyliśmy codziennie o każdy milimetr skóry: specjalne opatrunki, fototerapia, tony leków i suplementów. Widząc brak poprawy podjęliśmy decyzję o amputacji, która na trochę przyniosła jej ulgę. W tym czasie jednak zaczęła się rozpadać druga łapka, która przejęła cały ciężar. Druga amputacja i znowu ulga, ale tylko na chwilkę. Po drugiej amputacji pojawiła się seroma, wredna, nawracająca i bardzo uparta. Kulka, w której zbierał się płyn, kulka, która drażniła nerwy w kikucie. Dren, aspiracje, bandaże, kompresy, leki. Na kilka dni poprawa i znowu nawrót. A do tego nadgarstki, które z każdym tygodniem brały na siebie coraz większy ciężar, aż w końcu zaczęły się po prostu poddawać. I jest w tym wszystkim pewna okrutna ironia, bo Zula była jednym z najzdrowszych psów w stadzie. 14 lat na karku, a wyniki badań jak z podręcznika. Nerki, wątroba, serce idealne i praktycznie cały komplet pięknych, bielutkich zębów. Zula do końca była szalenie bystra, młoda duchem. Tylko ciało się poddało, bo głowa nigdy. W tym miejscu dziękujemy bardzo dr Łukaszowi, dr Madzi i dr Mateuszowi: tylko Wy wiecie, jaką drogę przeszliśmy ♥

Zula od wiosny była już noszona wyłącznie w nosidełku. Kombinowaliśmy z protezami i ortezami, dwie zresztą są jeszcze w drodze, bo zamówiłam je w zeszłym tygodniu. Zastanawiam się, czy te wszystkie próby nie trwały zbyt długo, ale Zulka nigdy nie dawała po sobie poznać, że coś ją boli. Miała dobry humor i mimo tych wszystkich okropieństw, ogromną chęć do życia. Ostatnie dwa tygodnie były dla Zuli trudne. Spędzała je prawie wyłącznie na naszych kolanach. To było jedyne miejsce, gdzie potrafiła naprawdę się odprężyć i zasnąć. Ale widziałam już smutniejsze oczy, coraz gorszy nastrój, ból kikuta, zmęczenie i rezygnację. Zaczęliśmy rozmawiać o decyzji, której nie chce podjąć nikt, ale którą podejmuje się wyłącznie z miłości…

W przeciwieństwie do Luny, która odeszła nagle, z Zulą mieliśmy czas na pożegnanie, co jest niezwykle cenne. Dostała tonę miłości, troski, spokoju. Było mnóstwo przytulania, całowania, żeby mogła na koniec poczuć, jak bardzo ją kochamy. Były gryzaczki, był nawet przepyszny tatar. Zrobilibyśmy dla niej wszystko, dlatego oprócz żalu czujemy po prostu złość, że to potoczyło się tak pechowo, że komplikacja goniła komplikację, i że po drodze pojawiły się wszystkie możliwe powikłania.

Zula miała piękne pożegnanie. „Po godzinach”, w lecznicy do której uwielbiała jeździć, w której każdy się nią zajmował i rozdawał smaczki. O 20:13 zasnęła w moich ramionach, spokojna, piękna, kochana. A potem stało się coś, czego nikt z nas nie zapomni. O 22:00 podjechaliśmy pod krematorium dla zwierząt, gdzie czekała grupka ludzi. Przyjaciele. Chartbeatowa Armia. Ludzie, którzy po prostu przyszli ją pożegnać. To było możliwie najbardziej godne pożegnanie na jakie ten pies zasługiwał. Pan z krematorium powiedział, że czegoś takiego nie widział. Że tylko raz wcześniej, w innym miejscu, przy psie wojskowym zebrała się grupa żołnierzy. Dziękujemy Wam za wsparcie, jesteście niesamowici. Nasi żołnierze ♥

A teraz czuję ogromną tęsknotę. Chciałabym raz jeszcze wycałować jej łysy czubek głowy i wciągnąć ten przepyszny zapach z pyszczka. Ale jest też spokój. Bo zrobiliśmy absolutnie wszystko. Każdą rzecz, jaką można było zrobić. Zula zostawiła po sobie więcej, niż można opisać słowami. Zostawiła naszą historię, wspólne lata, 141 potomków i kolejnych w drodze.



Zula żyła pięknie i odeszła pięknie. Żegnaj kochanie, do zobaczenia! ♥♥♥